MENU

W ogrodach Hiszpanii

W środku polskiej pochmurnej zimy, 22 lutego, na scenie Filharmonii Gorzowskiej zrobi się naprawdę gorąco. A to za sprawą muzyki wprost z gorącego południa Europy. Na scenie dwie znakomite postaci – ojciec i syn – Mauricio Silva na fortepianie oraz  maestro Ruben Silva, który gościnnie pokieruje Orkiestrą Filharmonii Gorzowskiej. O tym, co łączy Polaków i Latynosów, jakie skarby kryje muzyka hiszpańska oraz jak występuje się na scenie w rodzinnym składzie opowiada Mauricio Silva, pianista z polsko-boliwijskiej rodziny o wieloletnich tradycjach muzycznych.

Filharmonia Gorzowska: Choć na naszej scenie prezentować będziecie muzykę hiszpańską, korzenie Pana rodziny znajdują się w Boliwii. Wpływ kultury hiszpańskiej wydaje się oczywisty, jednak jakie są różnice w kulturze kontynentalnej i tej z Ameryki Południowej?
Mauricio Silva: Częścią wspólną dla większości krajów Ameryki Południowej jest rzeczywiście niezaprzeczalny wpływ kultury hiszpańskiej. Jednak przez setki lat mieszała się ona z kulturą rdzennych mieszkańców oraz imigrantów przybywających na ten kontynent z najróżniejszych zakątków świata, przyjmując w każdym z krajów unikalną formę. Jest to szczególnie widoczne w Boliwii, gdzie większość mieszkańców ma swoje korzenie jeszcze w czasach imperium Inków, co sprawia, że tzw. folklor nie jest tylko ciekawostką turystyczną, ale codziennością wielu Boliwijczyków. Muzyka, instrumenty, architektura czy sposób ubierania się jest barwną mieszanką kultury Inków z wpływami kolonialnymi.

FG: Jakie utwory znajdą się w repertuarze koncertu w „W ogrodach Hiszpanii”?
M.S.: Piątkowy wieczór wypełni muzyka kompozytorów hiszpańskich. Na początku usłyszymy dwa Intermezza z Zarzueli (hiszpański odpowiednik operetki) „Legenda pocałunku” Reveriano Soutullo i Juana Verta, oraz „Wesele Luisa Alonsa” Gerónimo Giméneza. Dalsza część koncertu będzie  należała w całości do jednego z największych kompozytorów hiszpańskich, Manuela de Falli, którego utwory cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Będą to „Noce w Ogrodach Hiszpanii”, Suita z baletu „Czarodziejska Miłość” oraz II Suita z baletu „Trójgraniasty Kapelusz”

FG: Utwory pochodzące z  gorącego południa mają swój niepowtarzalny klimat. Czy odtworzenie go na scenie jest trudne dla muzyków z tej części Europy, np. z Polski?
M.S.: Uważam, że Polacy i Hiszpanie czy Latynosi mają ze sobą dużo więcej wspólnego, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, dlatego nie sądzę by klimat południa był trudny do uchwycenia dla naszych wspaniałych zresztą muzyków. Oczywiście znajdziemy w tej muzyce wiele unikalnych rytmów, melodii czy charakteru, zaczerpniętych z bardzo różnorodnych tańców ludowych, z którymi dobrze jest się bliżej zapoznać, ale nie są to elementy aż tak odległe, by mogły być dla Polaków niezrozumiałe.
 
FG: Jak polska publiczność odbiera Wasze koncerty? W Pana odczuciu lubimy taką muzykę?
M.S.: Szczerze powiedziawszy, to jest to nasz pierwszy wspólny występ z tego typu repertuarem, ale zarówno tata jak i ja wielokrotnie wykonywaliśmy muzykę hiszpańską na swoich koncertach, spotykając się zawsze z bardzo entuzjastyczną reakcją publiczności. Również polskie orkiestry zawsze chętnie podejmują się jej wykonania, więc zdecydowanie lubimy taką muzykę. Dzieje się tak zapewne za sprawą ogromnego ładunku energii, namiętności i temperamentu połączonego z pięknem i melancholią, które w sobie zawiera.
Myślę, że podstawową różnicą jest bardziej bezpośredni kontakt między publicznością, a artystą w krajach południowych. My jesteśmy trochę bardziej zdystansowani, natomiast potrafimy docenić wykonawców, którzy naprawdę nas poruszyli i reprezentują wysoki poziom artystyczny.

FG: W 2007 roku po raz pierwszy wystąpił Pan na scenie w rodzinnej Boliwii. Jakie to było doświadczenie?
M.S.: Było to dla mnie ogromne przeżycie i wspaniałe doświadczenie. Byłem wówczas po trasie koncertowej w Chile, a ponieważ w Boliwii nie byłem od wczesnego dzieciństwa, nie mogłem przepuścić takiej okazji, by poznać rodzinę oraz kraj będący moją drugą ojczyzną. Z pomocą paru wspaniałych osób udało mi się zorganizować kilka koncertów, które zaowocowały dalszymi zaproszeniami, a dla mnie była to sentymentalna podróż i wieloletnie marzenie, które dzięki muzyce udało mi się zrealizować.

FG: Co więcej - dziś, jako uznany muzyk światowej klasy występuje Pan jako Ambasador kultury Boliwii, a Ambasada tego kraju objęła patronatem wiele Pańskich koncertów. Jak to się stało?
M.S.: Mogę śmiało powiedzieć, że występuję w roli podwójnego ambasadora, gdyż grając w Ameryce Południowej reprezentuję również kulturę polską, jednak jeśli chodzi o współpracę z ambasadą, to był to czysty przypadek. Na mój pierwszy koncert w La Paz przyszła boliwijska skrzypaczka Ingirid Neyza Copa, mieszkająca na stałę w Hiszpanii. Bardzo spodobała jej się moja gra i zaproponowała mi współpracę, zapoznając mnie jednocześnie z repertuarem Boliwijskich kompozytorów. Dwa lata póżniej koncertowaliśmy już razem pod patronatem ambasady w Hiszpanii.

FG: W Gorzowie wystąpi Pan u boku swojego ojca. Wasz pierwszy wspólny występ miał miejsce w 2006 roku.  Trudno współpracuje się z rodziną na scenie?
M.S.: Myślę, że wspólne koncerty w muzycznej rodzinie są czymś zupełnie naturalnym, co zbliża nas do siebie, a mi pozwala bezpośrednio czerpać z doświadczeń poprzednich pokoleń muzyków. Razem z tatą mamy okazję występować tylko raz na kilka lat, ale jest to dla mnie zawsze niezapomniane przeżycie. Nasze rozumienie muzyki jest bardzo zbliżone i mamy ze sobą świetny kontakt na scenie, więc zdecydowanie nie jest to trudna współpraca.
 

Realizacja   Virtualnetia.com